Beata Biały: „W piosenkach Agnieszki Osieckiej odnajdujemy swoje historie”

Agnieszka Osiecka

Agnieszka Osiecka to autorka wielu wspaniałych polskich piosenek.

Agnieszka Osiecka to jedna z najwybitniejszych polskich artystek, poetka, dziennikarka i autorka 2 tysięcy tekstów piosenek. Wiele z nich – jak „Małgośka”, „Na zakręcie”, czy „Niech żyje bal”, przeszło do klasyki polskiej piosenki.

Dziennikarka „Twojego Stylu”, Beata Biały spotkała się z najbliższymi znajomymi i przyjaciółmi poetki, m.in. z Krystyną Jandą, Olgą Lipińską, Danielem Olbrychskim, czy Marylą Rodowicz. Wywiady z tymi wspaniałymi artystami, znalazły się w książce „Osiecka. Tego o mnie nie wiecie”.

Z autorką książki Beatą Biały, rozmawia Maciej Łukomski.


Dlaczego chciała Pani napisać książkę poświęconą akurat Agnieszce Osieckiej?

Myśli Pan pewnie, że to zuchwałość z mojej strony. I ma Pan rację. Też tak pomyślałam, kiedy porwałam się na ten pomysł i podzieliłam się nim z moim Wydawcą. Ale było za późno, żeby się wycofać, ponieważ usłyszałam: „Tak, napisz to”.
Zuchwałość polega na tym, że powstało już wiele książek o Agnieszce Osieckiej, ona sama zresztą bardzo skrupulatnie opisała swoje życie – zarówno w wydawanych sukcesywnie przez Fundację Okularnicy Dziennikach, jak również w swojej poezji i prozie. Wszystkie bowiem książki Agnieszki Osieckiej, które napisała prozą tak naprawdę są historiami autobiograficznymi. Ale widzi Pan, to oczywiście truizm, ta moja propozycja wypłynęła z ogromnej fascynacji Osiecką. Fascynacji, trochę przykurzonej, ale na nowo roznieconej przez moją przyjaciółkę Katarzynę Żak. Kasia przygotowywała właśnie kolejną swoją płytę i była to „Miłosna Osiecka”. Wpadała do mnie czasem przed próbą lub spektaklem i śpiewała, ćwicząc do nagrania: „Lody wanilią pachną” albo „Pamiętam był ogromny mróz, od Cheetaway do Syracus”.
Ona wychodziła, a ja zostawałam z tą wyśpiewaną na nowo, niezwykle emocjonalnie, Osiecką.

Na koncercie Kasi, która śpiewa Osiecką zachwycająco, już poetka zagościła na dobre w mojej głowie i sercu. Skończyłam właśnie pracę nad inną książkę i wydawca zapytał: „Co teraz?” „Może Osiecka?” –
powiedziałam bez zastanowienia, bo cała byłam w Osieckiej. Natychmiast pożałowałam, że się nim podzieliłam, bo to trzeba mieć tupet żeby pisać o Agnieszce.  Schowałam się jednak za moimi rozmówcami, którym dziękuję za to, że wpuścili mnie do swego świata i opowiedzieli o Agnieszce.

Czego się Pani dowiedziała o Agnieszce Osieckiej, podczas pracy nad tą książką?

Wiedziałam o Agnieszce bardzo dużo, zanim zaczęłam pracę nad książką. Czytałam jej Dzienniki, gdy sukcesywnie ukazywały się na rynku, znałam jej prozę i poezję. Ale takim smutnym odkryciem była samotność Agnieszki. Wydawałoby się, że miała wszystko: talent, urodę, pozycję, uznanie, pieniądze, przyjaciół, mężczyzn. Tymczasem z rozmów, które przeprowadziłam wynikało, że tak naprawdę była bardzo samotna.

Maryla Rodowicz powiedziała: „Często była smutna. Nie radziła sobie z miłością ̨, z życiem. Miała tyle przyjaciółek, którym ocierała łzy, a sama była samotna”. Katarzyna Gartner zapytała: „Jak może być szczęśliwy ktoś, kto śpiewa: „Którędy do miłości (…) samotność mnie boli, nadzieja swawoli…?”.
Zaś Magda Czapińska powiedziała: „Wszyscy zawsze mieliśmy wrażenie, że jest królową życia, że wybiera mężczyzn, a teraz myślę, że była samotna i zziębnięta w środku”.

Ale najsmutniejsza była opowieść Jacka Mikuły, kompozytora, który wspominał swoje ostatnie spotkanie z Agnieszką na Benefisie Maryli Rodowicz. To był grudzień 1996 rok, czyli trzy miesiące przed śmiercią Agnieszki. Odwiózł ją po bankiecie do domu. „W tym samochodzie, z dala od towarzyskich śmichów- chichów, przygasła i zaczęła mnie przekonywać, bym z nią zamieszkał. Nalegała. Zaskoczyła mnie, ale potraktowałem to lekko, jako chwilową fantazję kogoś, kto przesadził z winem. Pomysł był niewykonalny – miałem rodzinę i mieszkałem daleko. Znacznie później uzmysłowiłem sobie, jak bardzo osamotniona musiała się̨ czuć z tą straszną chorobą, jak bardzo chciała mieć przy sobie kogoś… „ – wspomina.

Bolesny był też opis Manueli Gretkowskiej, która zaprosiła Osiecką na bankiet z okazji wejścia na polski rynek miesięcznika „Elle”. „Latami była gwiazdą. Pod koniec życia czuła się bardzo samotna. Na zawsze zostanie mi w pamięci obrazek z tego przyjęcia sprzed dwudziestu pięciu lat, na które przyszła i z którego wyszła sama” – powiedziała. I jeśli zapytałaby mnie Pan, o czym jest ta książka, odpowiedziałabym: „To książka o samotności”.

W książce rozmawia Pani z przyjaciółmi poetki. Jaki wyłania się z tych rozmów portret Agnieszki Osieckiej?

No cóż, była niezwykła. Trudno opisać Osiecką w kilku zdaniach. Z całą pewnością żyła jak chciała. Ewa Zadrzyńska, pisarka, dziennikarka, opowiadała mi historię, jak kiedyś wybrali się większą grupą do restauracji. Agnieszka była z mężczyzną znacznie od niej młodszym. Różnicy wieku nie dało się nie zauważyć. I nagle kelnerka powiedziała do młodzieńca: „Mama zamówiła…”. Nikt nie usłyszał, co Agnieszka zamówiła, bo słowo „mama” wszystko zagłuszyło. Zapanowała niezręczna cisza. „Nie przejmujcie się. Mnie się to często zdarza, bo często bywam ze znacznie młodszymi ode mnie mężczyznami” – powiedziała ot tak, z tym swoim rozbrajającym uśmiechem. „I to, co było niezręczne, stało się zręczne. To, co krępowało, przestało krępować. To, co mogło wydać się dziwaczne – stało się normalne. Jednym zdaniem, dwudziestoma słowami, zmieniła sytuację, zburzyła zakorzenione w nas stereotypy, na temat tego, co wypada, a co nie wypada. Wygrała. Żyła, jak chciała. Była wolna, jeśli chciała, albo niewolna, kiedy miała na to ochotę” – podsumowała Ewa Zadrzyńska.

Wszyscy podkreślają też ogromną uważność na drugiego człowieka. Magda Czapińska opowiedziała mi na przykład historię z restauracji, kiedy spotkały się na kawę. I nagle Agnieszka mówi: „Nie odwracaj się, on ją zostawił”. Okazało się, że przy sąsiednim stoliku jakiś mężczyzna właśnie porzucił kobietę i Agnieszka odczytała ich rozmowę z gestów, spojrzeń, może łez kobiety. Sama zresztą też miała wtedy łzy w oczach, jakby to ona została porzucona, a nie kobieta przy sąsiednim stoliku.

Z kolei Kasia Żak opowiedziała mi jak kiedyś, była jeszcze młodą aktorką grała we Wrocławiu w sztuce „Sztukmistrz z Lublina”, do której Agnieszka pisała songi. Agnieszka przyjeżdżała oczywiście na próby, a po próbach cały zespół szedł do kawiarni czy restauracji na rynku. Kasia pamięta, jak pewnego razu Agnieszka zatrzymała się obok ulicznej kwiaciarki i rozmawiała z nią chwilę. Kiedy po dwóch tygodniach znów przechodzili obok tej kwiaciarki, Agnieszka pamiętała jej imię, imię dzieci, a nawet problemy, o których jej kwiaciarka opowiadała. Potrafiła rozmawiać z każdym – i z profesorem filozofii i ze zwykłą kwiaciarką. I potrafiła słuchać jak nikt – miała w sobie ogromną uważność na ludzi.

Co było dla Pani najtrudniejsze podczas pracy nad książką „Osiecka. Tego o mnie nie wiecie”?

Chyba to, żeby stworzyć książkę inną niż te, które się dotąd ukazały. Żeby powiedzieć coś nowego o Agnieszce, czego do tej pory nie wiedzieliśmy, mimo, że, jak mówiłam, sama poetka dokładnie opisała swoje życie. Postanowiłam dotrzeć do osób bliskich jej sercu, które do tej pory nie opowiadały o swojej przyjaźni czy też bliskiej relacji z Agnieszką. I mam poczucie, że udało się. W książce jest wiele ważnych dla Agnieszki osób, które pokazują ją w nowym świetle, opowiadają nieznane historie, odkrywają Osiecką na nowo.

W rozmowach z przyjaciółmi i bliskimi szukałam nie Agnieszki poetki, ale Agnieszki człowieka. Bo choć jej twórczość jest wręcz kosmiczna, takim kosmosem na pewno była sama Agnieszka. Chciałam wiedzieć, jaka była, czym kierowała się w życiu, dlaczego podejmowała takie, a nie inne decyzje, co było dla niej ważne, a co zupełnie bez znaczenia… Dostałam piękne opowieści o pięknym człowieku. W dodatku zupełnie nowe, zaskakujące, nieznane. Stąd zresztą podtytuł: „Tego o mnie nie wiecie”.

W czym – według Pani – tkwi fenomen jej twórczości, jej tekstów piosenek, które zachwycają kolejne pokolenia?

Pięknie to opisał w mojej książce Michał Kott, z wykształcenia filozof, zaprzyjaźniony przez lata z Agnieszką. Powiedział, że Agnieszka miała talent do alchemii, dar dodawania koloru do szarości, umiejętność patrzenia i dostrzegania piękna czy puenty, których inni nie zauważali, widząc tylko szarość. Miała też potrzebę odzyskania przeszłości, ratowania szczegółów, przelotnych uczuć. Poszukiwała w codzienności magii. A jego ojciec, słynny profesor Jan Kott, określił Agnieszkę „ poetka złamanego koloru”. Myślę, że fenomen twórczości Agnieszki polegał też na tym, że w jej piosenkach, bo o nie Pan pyta, odnajdujemy swoje historie. Bo Agnieszka często opisywała w swoich piosenkach historie, które ją spotkały. O swoim życiu mówiła zresztą: „Zła historia dobrze opowiedziana”.

Gdyby Agnieszka Osiecka żyła w dzisiejszych czasach, jak Pani myśli, czy odnalazła by się w tej „nowej rzeczywistości”, co by o niej napisała?

Ma pan na myśli pandemię? W tej rzeczywistości my sami ledwo się odnajdujemy. Myślę, że Agnieszka miałaby z tym spory kłopot. Ale nie dlatego, że bałaby się choroby, śmierci czy ekonomicznych trudności. Pieniądze, mam wrażenie, nie miały dla niej znaczenia. Swoją chorobę skrywała nawet przed sobą. Myślę, że najtrudniej byłoby jej znieść konieczność izolacji i ograniczenia spotkań. Agnieszka była wolnym ptakiem, wciąż w drodze, wciąż na walizkach. Do życia, do twórczości potrzebowała wciąż nowym bodźców, nowym miejsc, nowych ludzi. Potrzebowała rozmowy z drugim człowiekiem. To z tych rozmów często brały się historie z jej piosenek. Myślę, że wsiadłaby w swój samochód i nie zważając na zakazy pomknęłaby pustą drogą przed siebie. Może byłby to Sopot, który kochała, a w którym spędziła ostatnie trzy lata swego życia i w którym była tak bardzo szczęśliwa.

Które piosenki Agnieszki Osieckiej Pani lubi Pani najbardziej?

Jest ich wiele. Na pewno jedną z nich jest „Miasteczko cud”. Ale chyba jestem w tym wyborze dość banalna. Jerzy Satanowski, który skomponował – jak on to robi! To niesamowite! – muzykę do tej piosenki powiedział mi jednak, że tej piosenki nie lubi najbardziej, bo zwykle młodzi wokaliści wybierają ją na konkurs.

Pytałam Kasię Żak, dlaczego nie wybrał jej na swoją płytę. „Po takim wykonaniu jak Justyna Szafran? Nigdy w życiu”. Znam też świetne wykonanie „Miastka” Ewy Błaszczyk, ale to chyba wykonania pani Justyny Szafran słuchałam najczęściej podczas pracy nad książką. I gdy już byłam u kresu, bo książka musiała powstać szybko, ta piosenka dodawała mi sił. Agnieszka Osiecka, Jerzy Satanowski, Justyna Szafran – dziękuję.

Lubię też piosenkę „Kiedy mnie już nie będzie” w zjawiskowym wykonaniu Magdy Umer: „Siądź z tamtą kobietą twarzą w twarz, kiedy mnie już nie będzie. Spalcie w kominie moje buty i płaszcz, zróbcie sobie miejsce… A mnie oszukuj mile uśmiechem, słowem, gestem, dopóki jestem, dopóki jestem…” A najbardziej: „Komu weselne dzieci”. „Szukam kogoś, kogoś na stałe, na długą drogę w dal. Szukam kogoś na życie całe, na wspólny śmiech i żal…” – czy nie tego pragniemy w życiu najbardziej?

I może piosenka na dziś: „Niech żyje bal! Bo to życie to bal jest nad bale! Niech żyje bal! Drugi raz nie zaproszą nas wcale!”. I na koniec – niezwykle aktualny tekst piosenki „Nim wstanie dzień” z filmu „Prawo i pięść”, który również nie stracił na aktualności. Ja osobiście jestem zachwycona wykonaniem młodego artysty Bass Astral x Igo. „Ze świata czterech stron, z jarzębinowych dróg…” Proszę spojrzeć, jakie to aktualne. Wtedy, po wojnie budziło się nowe życie, pełne moralnych dylematów, ale i nadziei. Dzisiejszy czas również jest takim.

Rozmawiał: Maciej Łukomski

BEATA BIAŁY – znana dziennikarka i psycholożka, od prawie piętnastu lat kreśli w swoich wywiadach i artykułach odkrywcze portrety ludzi o interesującym, niebanalnym życiu. Jest autorka książki „Spowiedź kapitana” (2018), będącej zapisem szczerej rozmowy ze słynnym żeglarzem, Krzysztofem Baranowskim.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.