„Samotny zachód” w Teatrze 6. piętro czyli żenada roku. Recenzja spektaklu

fot: mat. prasowe teatru

„Samotny zachód” w Teatrze 6. piętro to niskich lotów spektakl.

W Teatrze 6. piętro odbyła się właśnie premiera przedstawienia „Samotny zachód” brytyjsko-irlandzkiego dramaturga Martina McDonagha, którego sztuki dwie dekady temu chętnie i z sukcesem były wystawiane na polskich scenach. Wystarczy chociażby wspomnieć znakomity spektakl „Kaleka z Inishmaan” z warszawskiego Powszechnego czy „Porucznika z Inichmore” z Borysem Szycem w stołecznym Teatrze Współczesnym.

„Samotny zachód” to historia dwóch braci, którzy ciągle się kłócą po przypadkowym postrzeleniu ojca. Gościem w ich domu jest również miejscowy proboszcz, który bezskutecznie próbuje poprawić relację między nimi.

Doprawdy nie wiem po co Eugeniusz Korin postanowił wystawić te słabą sztukę? Na scenie dwóch uzdolnionych aktorów Eryk Lubos i Michał Czernecki, w koszmarnej scenografii, przeklinają, ile się tylko da, kopią, tłuką i plują na siebie. I nie wiadomo, czemu to ma służyć, bo akcja spektaklu niewiele się rozwija. Czasem tylko przyjdzie miejscowy proboszcz oznajmić, że mieszkaniec miasteczka nie żyje.

Po dwudziestu minutach już wiadomo, że mamy do czynienia z niewypałem roku. „Samotny zachód” w Teatrze 6. piętro to niskich lotów spektakl na który szkoda czasu.

W czasie przerwy teatr opuściło ok. dwudziestu osób, które komentowały, że wyrzuciły pieniądze w błoto.

Szkoda, że skądinąd niezły teatr, który ma w repertuarze tak znakomite spektakle jak „Ucho Prezesa czyli scheda” czy „Niezwyciężony” wystawia coś tak słabego.

Maciej Łukomski

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o