„Shirley Valentine” w Teatrze Polonia. Recenzja

Plakat "Shirley Valentine"

fot: materiały prasowe Teatru Polonia

„Shirley Valentine” to monodram, który szybko zyskał status kultowego.

Kiedy na początku lat 90. Krystyna Janda postanowiła zagrać monodram „Shirley Valentine” Russela, wiele osób odradzało jej występ w tej mało ambitnej, bulwarowej sztuce. Aktorka postawiła jednak na swoim i stworzyła przedstawienie opowiadające o pani domu, która postanawia zmienić swoje życie. Nikt nie przypuszczał, że spektakl wystawiony na scenie warszawskiego Teatru Powszechnego stanie się jedną z aktorskich wizytówek Jandy.

Po obejrzeniu spektaklu kobiety zmieniały swoje życie, a studenci pisali o nim dyplomowe prace. Dziś „Shirley Valentine” jest – obok musicalu „Metro” – bodaj największym teatralnym przebojem stolicy, wielokrotnie pokazywanym na scenach w kraju i zagranicą.

Janda podkreślała wielokrotnie, że mimo zagrania ponad 1000 przedstawień, wcielanie się w rolę Shirley nadal daje jej wiele satysfakcji. Doskonale widać to na scenie teatru Polonia, gdzie przeniesiono spektakl po odejściu aktorki z Powszechnego. Artystka ubrana w kolorowe ubrania i perukę tworzy pełnokrwistą postać niepozbawioną wad i zalet. Jednocześnie bawi oraz wzrusza widzów, nadaje spektaklowi odpowiedni rytm, świetnie puentuje niepozbawiony licznych kolokwializmów tekst Russela.

Zobacz: „Shirley Valentine” – kultowy monodram Krystyny Jandy ma 30 lat

Przede wszystkim jednak potrafi przez dwie godziny skupiać na sobie uwagę widzów. Tworzy portret ciepłej, przebojowej kobiety, która ma dość monotonnego życia pozbawionego szaleństw i przyjemności. Kiedy nadarza się okazja wyjazdu do Grecji bohaterka, mimo wielu wątpliwości, decyduje się na wycieczkę. Wkrótce okaże się, że była to najlepsza decyzja w jej życiu…

Krystyna Janda jako "Shirley Valentine".

fot: Adam Kłosiński/ mat. Teatru Polonia

Podczas opowieści Shirley o tym, jak wygląda jej życie, które sprowadza się do podania mężowi obiadu i wysłuchania jego awantur, na widowni co chwilę słychać głośny śmiech. Prawdopodobnie sugeruje on, że takie sytuacje są dobrze znane widzom. Tylko czy naprawdę jest się z czego śmiać?

Pod komediową warstwą spektaklu autor „Edukacji Rity” zawarł gorzką prawdę o tym, jak rolę żony postrzegają mężczyźni. Zrozumiały to setki kobiet przychodzące po spektaklu do aktorki ze łzami w oczach. Dla nich przedstawienie stało się czymś więcej niż tylko miłym wieczorem w teatrze. W tym tkwi siła tekstu Russela – daje kobietom nadzieję i wiarę, że może być inaczej. Dla niejednej obejrzenie spektaklu Jandy stało się początkiem nowego lepszego życia…

Maciej Łukomski

POLECAMY:

Krystyna Janda: Życie przez zaniechanie nie jest ciekawe

Jak podróżujemy po Polsce? Raport

Krystyna Janda – Mistrzyni monodramów

Teatr Polonia i Och-Teatr rozpoczynają nowy sezon: Premiery i spektakle

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.