Sebastian Cybulski: Można być na etacie w teatrze i niewiele grać

Fot: Andrzej Wencel

SEBASTIAN CYBULSKI to utalentowany aktor młodego pokolenia, który szerokiej publiczności znany jest z roli Ksawerego z serialu „Barwy szczęścia”. W wyjątkowym wywiadzie opowiada nam o zawodzie aktora, czasach studenckich i najnowszym spektaklu, w którym występuje.

Skąd pomysł u Ciebie, aby zostać aktorem?

Mogę powiedzieć, że pewien wpływ na moją przygodę ze sceną miały występy w dziecięcym zespole „Fasolki” i programie Tik -Tak, ale jak to się mówi u mnie w rodzinie, podobno już od małego ciągnęło mnie do aktorstwa. W liceum, do którego chodziłem, było kółko teatralne i poszukiwano do niego chłopaków. Koledzy namówili mnie, abym poszedł na przesłuchanie, zostałem przyjęty i połknąłem bakcyla. Po maturze zdawałem na wydział aktorski do łódzkiej filmówki i się nie dostałem. Z perspektywy czasu wiem, że nie byłem do egzaminów dostatecznie przygotowany. Potem rozpocząłem studia na Politechnice Warszawskiej i jednocześnie uczęszczałem przez dwa lata do Szkoły Aktorskiej Państwa Machulskich w Warszawie, która w jakimś stopniu pomogła mi zrozumieć czym jest aktorstwo i przygotowywała mnie do egzaminów na wydział aktorski. Dzięki temu w 2003 roku dostałem się do łódzkiej filmówki – to wszystko brzmi, podejrzewam, bardzo ładnie, ale tego prawdziwego bakcyla do sceny i teatru załapałem dosyć późno.

Żałowałeś kiedyś, że zostałeś aktorem?

Kto nie ma wątpliwości, nie może marzyć, bo w momentach zawahania najbardziej przekonuję się do tego, że to, co robię ma sens. Wiadomo, wątpliwości czasem się pojawiają. Z perspektywy dziesięciu lat uprawiania tego zawodu rozumiem swoich profesorów ze szkoły, którzy mówili mi z przekąsem, że tyle jest pięknych zawodów na „A”. Ten zawód wymaga niezwykłej cierpliwości i „mocnej” psychiki, niezależnie czy jesteś „wolnym strzelcem”, czy na etacie w teatrze.

Zobacz: Ewa Gawryluk: Nie uważam się za gwiazdę

Szkoła teatralna spełniła Twoje oczekiwania?

Mam wrażenie, że system edukacyjny często nie nadąża za tym, co dzieje się na rynku. W szkole teatralnej jest wiele zajęć, które nie są do niczego potrzebne. Brakuje natomiast na przykład zajęć z psychologii, które pozwoliłyby przyszłym aktorom nie tylko pomóc w pracy, ale też i lepiej zrozumieć grane przez siebie postaci. Ten zawód bazuje przecież na „grzebaniu” w psychice aktora. Często wielu ludzi teatru tego nie wytrzymuje. Popadają na przykład w uzależnienia, bo nie mogą sobie ze sobą poradzić, albo po prostu odchodzą z zawodu, tak jak uczyniło to wielu moich znajomych. Takie zajęcia mogłyby pomóc i uchronić przyszłych aktorów przed popadaniem w autodestrukcję. Uważam również, że powinny być studia doszkalające dla aktorów – amatorów, tak jak to się dzieje w zagranicznych szkołach aktorskich na Zachodzie czy Wschodzie; dzięki takim zajęciom mieliby szansę rozwijać swój aktorski warsztat.

Nie jesteś na etacie w żadnym teatrze. To świadomy wybór, czy po prostu tak się potoczyły Twoje losy?

Po skończeniu szkoły teatralnej miałem miękkie lądowanie, bo grałem w kilku spektaklach, które pozwalały mi się zawodowo rozwijać i zapewniały byt. Potem pojawiły się seriale, filmy, dzięki którym stałem się rozpoznawalny. Dostawałem też propozycje etatu w teatrze, ale wymagało to ode mnie dyspozycyjności. Na przykład w momencie przyjęcia etatu zażądano ode mnie rezygnacji z grania zrobionych wcześniej spektakli – to było nie tylko nie w porządku wobec mnie, ale także wobec kolegów grających w tych przedstawieniach, reżysera czy innych teatrów, które mnie wcześniej zatrudniły. Jestem człowiekiem honorowym i nie chciałem zgodzić się na taki model pracy. Z drugiej strony nie stać mnie na etat w teatrze – patrząc na to, ile zarabiają moi koledzy i koleżanki po fachu. Pracujesz w pocie czoła najlepiej jak potrafisz, a etat nie pozwala Ci na godne życie, a przecież rachunki trzeba z czegoś płacić. Mogę oczywiście się mylić, ale zdarzają się też sytuacje, że nie zawsze masz możliwości artystycznego rozwoju, bo można być na etacie w teatrze i niewiele grać.

Zobacz: Ewa Szykulska: Uduszą mnie słowa i palenie papierosów.

Zawód aktora to także spotkania z niezwykłymi ludźmi. Spotkałeś takie osoby na swojej artystycznej drodze?

Najbardziej sobie cenię spotkania z reżyserami, którzy lubią aktora, czerpią z tego, co on proponuje i wspólnie wybieramy to, co najlepsze. Na pewno pierwszym ważnym zawodowym spotkaniem była dla mnie współpraca z Grigorijem Lifanovem – znakomitym człowiekiem, reżyserem, pedagogiem moskiewskiego VGIKU, a obecnie dyrektorem teatru w Sewastopolu. Zagrałem w jego spektaklu „Bobok”, który był moim dyplomem. Potem pracowaliśmy razem jeszcze kilka razy, m.in. w Teatrze Polskim w Poznaniu nad „Mistrzem i Małgorzatą”. Zagrałem w nim Korowiowa. Przy pracy nad tą rolą dużo się nauczyłem. Spektakl okazał się sporym sukcesem. Zagraliśmy sto spektakli przy pełnej widowni na dużej scenie. Miło wspominam również współpracę z Robertem Talarczykiem – dyrektorem Teatru Śląskiego w Katowicach, który jest reżyserem z dużym wyczuciem. W pracy z nim mogłem sobie pozwolić na własne szaleństwa i wiedziałem, że nie wpuści mnie w „maliny”. Bardzo dobrze wspominam również współpracę z Adamem Sajnukiem i Mikołajem Grabowskim.

8 marca w Teatrze Kamienica premiera spektaklu „Rozkłady jazdy” Petra Zelenki, w którym grasz jedną z głównych ról, ale także jesteś współproducentem przedstawienia. Skąd się wziął pomysł na tę realizację?

Ładnych parę lat temu dostałem w swoje ręce tekst tej sztuki do przeczytania i zachwyciłem się nią od pierwszej lektury. Czeski humor, gorzko – słodkie emocje towarzyszące tej komedii przemówiły do mnie. Potem spotkałem się z reżyserem Adamem Biernackim i postanowiliśmy przygotować to przedstawienie razem. I do tego urocza Hanna Konarowska – idealne zestawienie do stworzenia sztuki. Chcemy, żeby widz po obejrzeniu spektaklu był lekko zdezorientowany, czy zaskoczony, bo konstrukcja dramatu to połączenie dwóch sztuk. W spektaklu gra dwójka aktorów, którzy muszą zagrać siedem postaci. To taki miks, połączenie farsy, czeskiego humoru i gorzkiej refleksji nad zawodem aktora, choć nie tylko. A na koniec, to widz będzie musiał sobie sam odpowiedzieć co Autorzy „Rozkładów jazdy” mu zaserwowali. Zapraszam do teatru.

Zobacz: Cezary Żak: Nigdy nie uważałem się za śmieszka

Co było najtrudniejsze podczas przygotowania spektaklu?

Zabrzmi to banalnie, ale opanowanie akcji na scenie, bo w sztuce mieszają się trzy światy, kilka płaszczyzn czasowych. „Rozkłady jazdy” to rodzaj rebusu, który widz musi sam rozwiązać. Dużo wysiłku kosztowało mnie również wyprodukowanie tego przedstawienia – znalezienie sceny, próby, reklama… Najgorsze było zmotywowanie się do działania na samym początku, ale na szczęście razem z Adamem Biernackim i Hanią Konarowską, z którą razem gramy, działamy na siebie motywująco, co napędzało nas do pracy nie tylko na scenie, ale i pomagało w pracy nad wyprodukowaniem spektaklu. Fajnie spotkać w pracy ludzi, którzy myślą i działają w podobny sposób do Ciebie, to ułatwia bardzo współpracę.

Najbliższe plany zawodowe?

Chcielibyśmy z „Rozkładami jazdy” pojeździć po Polsce oraz festiwalach teatralnych. Jesteśmy właśnie w trakcie poszukiwania miejsc, które chciałyby pokazać u siebie niewybredną komedię na dwójkę aktorów. Uważam, że brakuje tego typu spektakli w repertuarach naszych teatrów. A nowe role? Czekam spokojnie, co przyniesie los, który czasami samemu trzeba lekko do działania sprowokować.

Rzomawiał: Maciej Łukomski

Sebastian Cybulski – absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi (2007). Współpracował z m.in. z warszawskimi teatrami Kamienica, Komedia, Konsekwentny, Scena Prezentacje, Polonia, z Teatrem Śląskim w Katowicach czy Teatrem Powszechnym w Radomiu. Ma na swoim koncie role w takich produkcjach, jak „Spona”, „Warsaw by night”, czy „Historia Roja”. Szerokiej publiczności znany jest z roli Ksawerego w serialu „Barwy szczęścia”.

Oficjalna strona aktora: http://www.cybulski.eu

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.